Mówią, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Ja bym dodał: albo w totalnie głupich zakładach. Mój kumpel Tomek to taki typ, co zawsze musi postawić na swoim. Gdziekolwiek pójdziemy – pizzeria, kręgle, nawet wybór piwa w sklepie – on musi udowodnić, że ma rację. I tak było też z tym kasynem.
Siedzieliśmy u mnie w garażu. Tak, w garażu. Mamy tam stare fotele, telewizor i lodówkę na piwo. Męska jaskinia, wiecie. Było około dziesiątej wieczorem, żony już spały, a my popijaliśmy zimne Tyskie i graliśmy w karty. Nagle Tomek rzucił temat: "Słyszałem, że teraz w internecie można normalnie grać i wygrywać prawdziwą kasę. Bez ściemy". Ja parsknąłem śmiechem. "Pewnie, a jak wygrasz, to wypłacą ci w wirtualnych bąbelkach" – odpowiedziałem.
I tak się zaczęło. Zakład. Tomek twierdził, że w ciągu godziny da radę wygrać jakiekolwiek prawdziwe pieniądze, grając tylko za bonusy. Ja twierdziłem, że to niemożliwe, bo każda promocja ma haczyk. Stawka? Kolacja w lepszej knajpie, ale nie o to chodziło. Chodziło o honor. I o to, żeby udowodnić, kto ma rację.
Tomek wyciągnął swojego iPhone'a. Zaczął szukać. Przewijał strony, czytał opinie, sprawdzał regulaminy. Ja popijałem piwo i patrzyłem z pobłażaniem. Po kwadransie podniósł głowę z triumfalnym uśmiechem. "Mam. Tu piszą, że na start dostajesz coś ekstra. Tylko rejestracja". Spojrzałem na ekran. Na stronie widniał napis:
vavada pl. "No to walcz" – rzuciłem.
Tomek rejestrował się jakieś trzy minuty. Potem dostał powitalny zestaw. Spiny, bonus, cały pakiet. Zaczęło się klikanie. Z początku nic nie wychodziło. Saldo spadało. Tomek mruczał coś pod nosem, a ja uśmiechałem się coraz szerzej. "Mówiłem" – powtarzałem co chwilę. "Hazard to ściema". Ale Tomek się nie poddawał. Zmienił automat, potem jeszcze raz. Spiny leciały jeden po drugim.
I wtedy, jakieś dwadzieścia minut przed końcem zakładu, nagle podskoczył na fotelu. "Jest!" – krzyknął. Podsunął mi telefon pod nos. Na ekranie widniało saldo: siedemdziesiąt złotych. Patrzyłem i nie wierzyłem. Siedemdziesiąt złotych. Z bonusu. Z vavada pl, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. "To nie są prawdziwe pieniądze" – odparłem, ale w głowie czułem, że może jednak tak.
Tomek nie zwlekał. Kliknął "wypłać". System poprosił o dane. Wpisał numer konta. Potwierdził. Czekaliśmy. Piwo się skończyło, otworzyliśmy następne. Tomek odświeżał aplikację bankową co kilka minut. Ja próbowałem udawać, że mnie to nie interesuje. Ale prawda była taka, że wciągnęło mnie to jak dobry serial.
Minęło pół godziny. Nic. Już miałem wygłosić zwycięską mowę, gdy telefon Tomka zadzwonił. Spojrzał na ekran. Na jego twarzy pojawił się wyraz totalnego zdziwienia. "Przyszło" – wyszeptał. Podał mi telefon. Na koncie bankowym widniał przelew z vavada pl na kwotę sześćdziesięciu kilku złotych. Nie wierzyłem własnym oczom. Kolacja w lepszej knajpie nagle stała się realna. I to nie on miał postawić, tylko ja.
Tomek zamknął stronę, odłożył telefon i spojrzał na mnie z satysfakcją. "Płacisz" – powiedział. Zaśmialiśmy się obaj. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o tę głupią satysfakcję, że jednak się udało. Że system, który mieliśmy za oszustwo, faktycznie wypłacił prawdziwą gotówkę.
Wróciliśmy do kart. Ale coś we mnie pozostało. Ta myśl, że vavada pl faktycznie działa. Że nie trzeba było wpłacać ani złotówki. Tomek zrobił swoje i więcej nie wrócił. Ja natomiast – i tu wyznaję – z ciekawości założyłem własne konto następnego dnia. Nie dla wygranej, tylko żeby sprawdzić, czy Tomek to tylko fart. Okazało się, że nie tylko fart. Szybka rejestracja, bonus, kilka spinów. Tym razem wygrałem tylko dwadzieścia złotych. Ale to wystarczyło, żebym uwierzył.
Minął miesiąc. Z Tomkiem dalej się śmiejemy z tamtego zakładu. On postawił swoją wygraną na nową grę dla konsoli. Ja swoją dołożyłem do prezentu dla żony. Żadne z nas nie zrobił z tego nałogu. Bo to nie było o hazard. To było o głupim zakładzie dwóch kumpli w garażu, przy piwie i kartach. I o tym, że czasem wygrywa ten, kto po prostu sprawdzi.
Dziś, gdy mijam sklep monopolowy i widzę losy loteryjne, myślę sobie: lepiej już zagrać w vavada pl za darmowe spiny niż wydać dziesięć złotych na coś, co i tak przegrasz. Ale to tylko moje zdanie. Tomek się zgodzi. Chociaż przy następnym piwie pewnie znowu będzie się spierał, że to on ma rację. I chwała mu za to. Bez takich zakładów życie byłoby nudne. A ta kolacja, którą postawiłem, była wyśmienita. I płaciłem z uśmiechem. Bo przegrać zakład z kumplem, który faktycznie miał rację – to też jest frajda. Tylko innego rodzaju.